piątek, 13 czerwca 2008
Powitanie i pożegnanie
Wróciłam, parę dni temu już, ale... 1. Odzwyczaiłam się od netu... i jest to jednak jakiś plus:) 2. Po powrocie roboty huk, dom, ogród, pranie, prasowanie, sezon na truskawki, a robię i mrożonki, i dżemy, i soki... więc nic nie sprzyja powrotowi na łono sieci. Ale muszę pochwalić moje dzieci - gdy weszliśmy zmęczeni z drogi, dom powitał nas ciszą (dzieci w szkole) i czystością... jak wiele daje przelatująca myśl, że jednak nie tak najgorzej się je wychowało, że jednak zależy im, że się starają. I że nie trzeba od razu chwytać za szczotkę i szmatę:) Dzieci co prawda zapytane, czy przez te trzy tygodnie sprzątały więcej niż raz, z rozbrajającą szczerością zapytały - a po co? 3. W pierwszej kolejności, jeśli tylko znajdę czas i chęci, zajmę się zdjęciami i uzupełnię luksemburski blog, jeśli ktoś ciekawy, to dla Waszej wygody dam na tym blogu notkę, że coś wpisałam na tamtym. 4. Odwlekam najgorsze... bo choć to wszystko wyżej ma swój udział w moim pożegnaniu, to najbardziej wpływa na moją decyzję kolejna załamka. Straciłam trochę życiowych złudzeń, może straciłam coś więcej... jeszcze wczoraj myślałam, to się ułoży, dziś mam natłok takich myśli, którymi z nikim nie chcę się podzielić... musi minąć trochę czasu. Straciłam coś, co uważałam za cenne... muszę teraz przeprowadzić odpowiednio karkołomne rozumowanie, aby wytłumaczyć sobie, że to cenne nie było, a może nawet niepotrzebne, a może bezsensowne... jak moja wiara w możliwość porozumienia się z człowiekiem innym niż ja. Bezterminowa przerwa w blogowaniu ogłoszona. Trzymajcie się wszyscy zdrowo.
poniedziałek, 19 maja 2008
Uratowana!
Jaszczurka. Jedna z mądrzejszych lub odważniejszych:). Jak się to poznaje? Jak Bazyl osaczy jaszczurkę, postępuje ona według jednego z dwóch schematów. Albo zostawia w łapach napastnika ogon, a sama zmyka ile sił - zostawiony ogon wciąż się wije i przyciąga uwagę kota; albo też zamiera w bezruchu i udaje trupka, szanujący się kot padliny jeść nie będzie, bo może nieświeża? Każda ze strategii w przypadku Bazyla nie działa:). Sam ogon, wiadomo, że już nie ucieknie, więc kot goni z powodzeniem jaszczurkę. Nieruchome ciało co prawda jest nudne, ale jaki problem potrącać je łapą i popodrzucać? Że ruch wymuszony, a nie naturalny? Nieważne, zawsze przecież jaszczurka może się zniecierpliwić i ruszyć:) Ta jaszczurka obrała strategię trupka, więc ogon zachowała, i miała to szczęście, że rzecz działa się na naszych oczach. Kot został pozbawiony zabawki, zabawka została wyniesiona na jaszczurczą górkę, gdzie ma jakieś szanse. Oto ona. Jaszczurka zwinka , a że mamy maj i nie jest zielona, to zapewne to samica. Dwa lata temu Bazyl zagryzł cudownie ubarwionego samca, był większy od tej poniżej. Też na jakiś czas uratowaliśmy go, kota zamknęliśmy na parę godzin w domu, a jaszczurkę wynieśliśmy w inne miejsce (górki jeszcze nie było). Następnego dnia rano znaleźliśmy odogonione zwłoki.... i już wypuszczona Zdjęcia z 11.05. A ja skorzystałam z możliwosci dostępu do sieci oraz tego, że miałam gotową notkę. Na czytanie nie mam czasu. I ten komputer nie chce wpisywać małego "Ś". Ma wszystkie inne polskie znaki, ma jak widzicie duże Ś, a małego nie. Ktos wie, jak sobie poradzić? Co najgorsze, w chwili próby wpisania tej litery gubi kursor, pokazuje jakąs listę błędów, jednym słowem przeszkadza:) Do kiedys, kochani!
poniedziałek, 12 maja 2008
Pożegnanie z tulipanami
I być może ze mną. Nareszcie Mamut ma urlop! Podobno już na pewno, już pojutrze z rana wyjeżdżamy, już tylko jutrzejszy dzień może przynieść niemiłą niespodziankę... tfu, tfu, odpukać. No i oczywiście jeszcz e mogą nas zawrócić z pierwszego etapu, którym jest Wrocław... spędzimy tam trzy dni, ja tylko na zwiedzaniu i przypominaniu sobie, a Mamut na konferencji jakiejś tam... A że raczej wątpię, abym w podróży robiła jakieś wpisy, to na wszelki wypadek... do zobaczenia, kochani. Mam nadzieję, że wrócimy wypoczęci, i zaraz po powrocie i "ogarnięciu" ogrodu, nareszcie będę normalnie żyć, i normalnie Was odwiedzać, i normalnie pisać:) Na pożegnanie bez słów... Co jest? blox wariuje, czy coś zmienili? Nie mam ikonki do wstawiania zdjęć:(:(:( No, dziś działa! Do zobaczenia.
niedziela, 11 maja 2008
Zbliżenia dalej
Jeszcze te... mieszańce Darwina (albo uczenie hybrydy Darwina)... wysokie, piękne, mnóstwo odmian
Ten poniżej nazywa się Lucky Strike Ten to najwcześniejszy mój - botaniczny z grupy Griega, odm. Calypso I na pożegnanie rabata (te białe to Fosteriana Purissima - bardzo trwałe, bardzo odporne, rozmnażają się szybko, polecam
Te zaczynają jako żółte, póki stulone, z czasem wybarwiają się do pomarańczowych... kocham je
I Bazyl też:)
czwartek, 08 maja 2008
Zbliżenia
To jeden z najpóźniejszych tulipanów, papuzi Black Parrot. Zdjęcie z zeszłego roku, kwitły przepięknie, ale nie wykopałam, i dziś są bardzo marne. Niektóre delikatne i trudne w uprawie odmiany nie lubią pozostawać cały rok w ziemi, niestety. Na szczęście są i takie, których nie trzeba wykopywać przez kilka lat. Pewnie docelowo takich będę miała najwięcej:) A to papuzi "tegoroczny", bardzo dominujący na mojej rabacie... ale nie zapamiętałam nazwy
To kolejne Crispa... jasnożółte. Miałam też fioletowe, ale chyba nikt nie pstryknął zdjęcia:( i czerwone z innego ujęcia:)
A taki kwiatek?
Paskowane na czerwono płatki tulipanów to objaw choroby wirusowej. Zaatakowana roślina w zależności od odmiany potrafi wiele lat rosnąć, mając tylko coraz więcej pasków, czasem kwiaty drobnieją, i po jakimś czasie giną. Choroba przenosi się głównie przez cięcie roślin tym samym nożem. Ja nie ścinam tulipanów do wazonu, więc ta droga odpada. Ziemia też jeszcze nie jest zarażona, ponieważ niedawno odrolniona, i było tu pole. Wirus musiał być w cebulkach, i nie uaktywnił się w pierwszym roku... lub też przenosi się inaczej - ponieważ w innym miejscu w ogrodzie wśród czerwonych i zółtych tulipanów pojawił się w zeszłym roku czerwono-żółty, z podziałem idealnie symetrycznym, w połowie dwóch płatków, specjalnie przyglądaliśmy się temu cudu 1/2+2+1/2 płatka czerwone, i drugie tyle żółte. A to podobno pierwszy objaw działalności wirusa. W tym roku mam z tamtego miejsca sporo paskowanych zółto- czerwono kwiatków.. ale nie ten, ten wyrósł w grupie Crispa, i jest strzępiasty A za pomocą tego wirusa wyhodowano grupę Rembrandta, która charakteryzuje się smugowanymi płatkami, jednak wirus zrobił swoje, wirusa wyrzucono, i rośliny z roku na rok powtarzają uzyskany wygląd, nie zmieniając go jak naprawdę chore. Nie mam takich... ale mam tulipany z grupy Viridoflora. Te charakteryzują się zielonymi smugami na pąkach, potem smugi nabierają innego koloru i wyglądają tak:
W poprzednim wpisie były z bliska te, które wychylają się z lewej... poniżej zaś w pąku z lewej widać zielone smugi na płatkach. Natomiast tulipan na pierwszym planie jest dość ciekawy... nie miał tych smug, natomiast na początku wyglądał na biały, tu ma zaróżowione brzegi płatków
A tak wyglądał po paru dniach!
Z lekka fioletowo.. jest ich trzy, i musiała to być mieszanka nieco innego rodzaju, niż podpisano! Bo miał być mix kolorów, a nie odmian... Jednym słowem bałagan. Wyczytałam gdzieś, że istnieje nowa odmiana, właśnie zaczynająca kwitnąć na biało, i przebarwiająca się dokładnie tak, jak moje... tylko jest jeden szkopuł. Odmiana charakteryzuje się kilkoma kwiatkami na jednej łodydze... Jakieś wybrakowane mieli i wrzucili, gdzie popadnie? :) Bez zbędnych słów...
...bo czasu nie mam:) Właśnie za 15 minut muszę wyjść, żeby zdążyć na autobus, który powiezie mnie do fryzjera, a potem do kosmetyczki. Kolejność może niekoniecznie dobra, ale co zrobić, tak wyszło:) Bo za dwa dni złote gody teściów! A za tydzień może jednak urlop? Przy okazji, powiedzcie proszę, jakie wg Was "przysługują" prezenty na taką okazję? I zdjęcia: tulipany żółte tulipany botaniczne, to tulipan późny, tulipa tarda dasystemon
tulipany z grupy Crispa, ja wołam je strzępiaste... odm. Arma. Grupa charakteryzuje się tym, że kwiaty utzrymują się dużo dłużej niż "gładkich"
tulipan biało-czerwony, z grupy Viridoflora, kupiłam mix, więc nie mam nazw odmian. I komu to zresztą, tfu, potrzebne...
I też jutro, pojutrze dokończę zbliżenia. Pa!
wtorek, 06 maja 2008
Trzeba nadrabiać...
Dziś więc tylko ogród. To już zdjęcia archiwalne:) - 26.04. Jak sprowadziliśmy się już na plac budowy (takie były wymogi czasu), przed oknami salonu sterczała wielka góra ziemi, co ja mówię, gliny, iłu i piachu... Pozostałość po wykopie na fundamenty. Coś trzeba było z tym zrobić... choć syn z wielkim zaangażowaniem namawiał mnie na "prawdziwy górski skalniak". Nie było to zaangażowanie bezinteresowne... bo lwią część ziemi przewoził właśnie on:) Ale o czym piszę... otóż ta kupa ziemi leżała tam parę lat (3). I zaanektowały ją dla swoich celów jaszczurki zwinki. Rozwożąc ziemię co i raz trafialiśmy na gniazdo z jajeczkami... większość lub wszystkie niestety zginęły, nie mogliśmy rozwozić ziemi zimą, a przenoszenie w inne miejsca nie powiodło się. Postanowiliśmy więc odpokutować nasze winy - pośrodku trawnika usypaliśmy z betonowych pozostałości górkę, obsypaliśmy ją ziemią, a na wierzch wysypaliśmy kamienie i gałęzie. Górka ma dużo wolnych przestrzeni pod ziemią, może to plus? Jest dobrze nasłoneczniona, i spełnia swą rolę... od dwóch lat w jej okolicach widzimy maleńkie jaszczurki. Dzięki usypisku kamieni i gałęzi mają schronienie przez Bazylem (niestety, poluje, łobuz!). Żeby dopełnić szczęścia jaszczurek i zadowolić zmysł estetyki jednocześnie, "prowadzimy" górkę na dziko. Rośnie na niej dziki szczaw, trawy z sosnowych okolicznych lasów, tworzące późnym latem fioletowe wiechy kwiatostanów, dzikie rośliny, a z ogrodowych kilka tulipanów, krokusów, zimowity, smagliczka skalna, posiałam też chabry, maki i czarnuszkę, dzikie dzwoneczki... chcę, żeby rośliny same się tu rozsiewały, karlały, żeby było "dziko". Z czasem jeszcze mamy zamiar podwyższyć górkę, ale wciąż brakuje i kamieni, i ziemi. Zdjęcia jaszczurek kiedyś, jak się ustawią:) Kilka zdjęć jednej rabaty, teraz tylko tulipanowej:) Wcześniej rosły krokusy, a potem będą same suche liście:) Ale zaczynam dostrzegać urok w suchych częściach roślin, nawet przestałam pieczołowicie usuwać usychające kwiatostany palmy i suche liście noliny (w domu). Mniej roboty i bliżej natury:)... a ładne to, co się komu podoba! Różowe - w zeszłym roku miały po kilka kwiatów na łodyżce, ale nie powtórzyły tej cechy, charakterystycznej dla odmiany. Hodowcy tulipanów niczym hodowcy nasion dążą chyba do tego, aby kupować nowe cebulki co roku... Dziś rośliny wysiane z zakupionych nasion rzadko kiedy powtarzają swoje wyselekcjonowane cechy... oczywiście jest to zrobione celowo, manipulacjami genetycznymi. Wiadomo po co...Kiedyś zbiór własnych nasion to był chleb powszedni ogrodnika... dziś to loteria. Czasem wyrośnie nawet okrągły kabaczek... to się zdarzyło mojej mamie:) A fasola będzie miała włókna... Następnym razem kolekcja tulipanowych zbliżeń...
sobota, 03 maja 2008
Marzenie o telepatii
Święto Pracy uczciliśmy wizytą u rodziców. Zawieźliśmy rozsadę truskawek (najwyższy czas!), złożyliśmy życzenia urodzinowe mieszkającej obok rodziców cioci... i jadąc tam nie pomyślałam, że tak na mnie ta wizyta podziała... Obeszłam dom... nie sposób nie widzieć poczerniałych ścian, odpadających z sufitów tynków, nadpalonych schodów na piętro, którego nie ma i nie będzie... poukładanych wszędzie tobołów z rzeczami z góry, zniszczonych książek... Uciekłam do ogrodu, przygnębiona, i akurat "dopadł" mnie radosny SMS od przyjaciółki, świętującej radośnie... Kontrast uczuć, zazdrość chyba, a raczej na pewno... i odpisując poryczałam się... na co dostałam natychmiastowe sms-owe wsparcie:) Szybko do łazienki, niech nikt nie widzi łez... udało się! Potem zjedliśmy śniadanie, wysłuchaliśmy bieżących narzekań... i naciągam właściwie, rodzice wcale nie narzekali, po prostu mówili, jak jest, co robią i co zamierzają. Szampan, słodycze... potem spacer po ukwieconym ogrodzie, i tam żale i bezradność mamy. Opiszę pokrótce.. rodzice wybudowali dom, który miał być przede wszystkim wygodny i komfortowy, jeśli chodzi o miejsce. Na parterze były trzy pokoje, sypialnia mamy, sypialnia taty pełniąca też funkcję pokoju telewizyjnego oraz salon z kominkiem. Kiedyś rodzice mieli przenieść się na górę, tam szykowali dwie ładne sypialnie, a dolne pokoje miały służyć jako pomieszczenia dzienne, gościnne... co potrzeba. Oprócz tego na piętrze były pokoje mój i brata, i na drugim (poddasze) dwa pokoiczki wnuków oraz pojemny strych. Część pomieszczeń na górze obecnie pełniła funkcję przechowalni przydasiów.... choć były tam i rzeczy potrzebne. Jak na złość, czemu świat taki niesprawiedliwy? spaliły się pomieszczenia z najcenniejszymi rzeczami (nowe meble, komputer, pościel, garderoba ojca), a ocalało wszystko to, co powinno się spalić (zbierane latami czasopisma, stare obrusy, stare ubrania do przeróbki, mnóstwo rzeczy, których tak jakoś żal wyrzucić...) Jak już pisałam chyba, zadaszyliśmy dom i ociepliliśmy. Pozostało jeszcze wstawić kilka drzwi i okien, i na tym na jakiś, a pewnie na bardzo długi czas, mieliśmy poprzestać. Jednak plany uległy zmianie. Rodzice pogodzili się z tym, że nie mają już szans na dalszy remont, z powodów finansowych, i okres tego godzenia się był dla nich bardzo trudny, w dodatku spędzany w ciemnym domu (dopiero teraz udało się włączyć światło, ściany obeschły na tyle, że nie było już spięć... do tej pory elektryka była na podłączonych pod korki przedłużaczach, i dom oświetlały tylko małe lampki). A brat, który właśnie zamierza założyć nową rodzinę, zgłosił ofertę zamieszkania z rodzicami, i ma dla siebie wyremontować całą górę, dla rodziców pozostawiając tylko jeden większy lub dwa małe pokoiki na poddaszu, mające pełnić funkcję pokoi gościnnych (dla wnuczków, np.) Takie rozwiązanie ma oczywiście dobre strony. Rodzice będą mieli na miejscu młodych ludzi z samochodami, opiekę, pomoc. Oni z kolei będą mogli liczyć na odebranie dziecka ze szkoły, jeśli powrót z pracy nie będzie możliwy w "terminie", dziecko będzie miało ogród i świeże powietrze... sama zalety, jednym słowem. Tylko jedna "wada". I na to skarżyła się mama, i z tym nie umie sobie poradzić... nie potrafi zmieścić się z ocalałymi rzeczami w parterowych pokojach. Aby żyć tam wygodnie, należałoby (oprócz oczywiście planowanego remontu, tynki, ściany, podłogi... ale to latem) wyrzucić stare meble i kupić nowe, które będą mogły pełnić funkcję bardziej szeroką... do tej pory wszystko, co się nie mieściło, jak również prasowanie, suszenie wynosiło się na piętro... przechowywało zimową lub letnią garderobę... itp. I trzeba by wyrzucić wiele zbieranych latami "przydasiów"... z każdą rzeczą wiążą się wspomnienia, z każdym meblem... Ponownie obeszłam dom, próbując coś wymyślić... ale jedyne, co mi przychodzi do głowy, to właśnie wymiana prawie wszystkiego...Stchórzyłam. Nie zaczęłam mówić, co ja bym zrobiła, jak zwykle, nie zaczęłam pouczać, co jest niepotrzebne... nie wykazywałam bezsensu przechowywania starych gazet, w których znaleźć coś potrzebnego, dla czego zostały właśnie zachowane, graniczy z cudem, i wymaga więcej czasu, niż ma go doba... Bałam się kolejnych żalów, bałam się urażać uczucia, bałam się usłyszeć, że marzeniem mamy były niskie meble... a nie pod sufit. A jak zmieścić się w niskich, z niczego nie umiejąc zrezygnować? Przeprowadziłam już z mamą tyle podobnych rozmów, i w każdej prawie okazywałam się pozbawiona sentymentów i obrzydliwie racjonalna... i zawsze "nie miałam racji", a co najmniej "nie brałam pod uwagę jej uczuć"... że tym razem przestraszyłam się. Skoro tak naprawdę moje rady i tak nie są brane pod uwagę, to lepiej ich nie mówić... tylko że to jedna strona medalu. Mama jakoś wspólnie z tatą coś wymyślą, mam taką nadzieję, nie będzie urażania i dodatkowego żalu, że córka nie potrafi się wczuć... Druga strona medalu jest jednak taka, że źle się z tym czuję. Bo może jednak coś, co powiedziałabym, przydałoby się? I "dając rady" prawdopodobnie zdejmuję z siebie poczucie obowiązku pomocy. Bo przecież pomogłam... poradziłam... pokazałam alternatywę, której może ktoś sam nie zauważyć. Nie mówiąc nic okazałam się bierna... nie umiem taka być? Co jest ważniejsze - moje czy ich samopoczucie? Oczywiście ich... czy jednak jest rzeczywiście lepsze? Dojście do pewnych koniecznych i niewygodnych nawet wniosków samemu daje chyba lepsze samopoczucie, niż narzucenie takich samych przez kogoś. Tak mi się wydaje... dlaczego więc tak mi źle? Pewnie ma na moje samopoczucie wpływ wiele czynników... warunki, jakie teraz panują u rodziców, padający deszcz i niskie ciśnienie, obawa przed trudami letniego remontu... wciąż wracająca myśl, jak wiele utracili, jak im z tym źle, i jak muszą pogodzić się z utratą dalszych marzeń... empatia to przekleństwo... przychodzi mi do głowy. Bo im nie pomogę, tak do końca przecież nie wiem na pewno, co czują, a ja się męczę. Niepotrzebnie. Marnuję siły... A telepatia? Nie istnieje... gdyby istniała, wczoraj i dziś nie byłabym sama... ktoś o mnie by pomyślał, dostałabym jakieś maile, sms-y, ktoś może by zadzwonił... coś oderwałoby myśli od niepotrzebnych myśli:) Dobrze, że naprawdę nie jestem sama. Mam mojego Mamuta, który przytuli, choć nie podziela moich rozterek, powiadając - skoro nic nie możesz zmienić, nie powinnaś się tym obciążać. Gdybyż to było takie proste... nauczyciela szukam!
Już mogę... smutne, ale i ciekawe
Bo jakoś tak to jest, że ciągnie nas wszystkich obraz nieszczęść... Dziś nie mam siły na analizę ludzkich poczynań, ludzkich uczuć. Ale tyle ludzi, ile spacerowało w styczniu pod domem moich rodziców, to ta droga nigdy wcześniej nie widziała... Ja też kiedyś poszukiwałam domu, który się spalił... tak to już jest, jakoś... Popatrzcie. Tak było wcześniej. Mamy w ogóle bardzo mało zdjęć... wydawało się to tak na zawsze.
A tak po... elewacja wschodnia (czyli akurat jedna z tych, co na zdjęciu wyżej)
Elewacja zachodnia - z prawej ocalała największa graciarnia, okno nietknięte. W tym pokoju był tylko dym
Zbliżenie...
Od środka...
Z czego zrobili te żaluzje? Na metce było napisane, że z drewna...
Nawet koloru nie straciły... Dziś dom wygląda inaczej. Dach jest prosty, nie ma lukarn, tylko parę dachowych okien. Szkoda, że brat nie namyślił się wcześniej, nie dołożył kasy... dziś nie musiałby "pruć" blachy, aby dołożyć dodatkowe okna, albo w ogóle odbudowałoby się tak, jak było.... Ludzie mijają się w czasie, mijają się w decyzjach... szkoda.
środa, 30 kwietnia 2008
Chwilowe zawieszenie broni
Odebrałam dziś pierwsze wyniki, wykazały wroga starego, który wcale nie przegrał ostatniej wojny! Przyczaił się tylko, wylizał rany i z nowymi siłami ruszył do ataku! Pierwszą bitwę nowej wojny na razie wygrywam, czuję się całkiem dobrze, a samopoczucie psychiczne odrobinę poprawia fakt, że wróg stracił nabyte poprzednio uodpornienie, czyli mam w zasięgu kilka leków... na jak długo wystarczą? Mój kiwający głową lekarz postanowił przebadać mnie gruntowniej, dał stosowne skierowania ujęty widać tym, że pierwsze badania zrobiłam prywatnie nie narażając go na koszty. Czekam na następne wyniki, potem zobaczę, co kiwająca głowa orzeknie. Wizytę u specjalisty mam zamówioną, ale dopiero w połowie czerwca... niech i on pokiwa głową, bo poprzednio najwidoczniej mnie trochę olał:) Nie, wcale tak nie czułam. Wydawał się kompetentny, zasadniczy i co najciekawsze i rzadko chyba stosowane ostatnio, zainteresowany stanem majątkowym pacjenta. Pyta o możliwości finansowe, zanim przepisze drogi lek, a w ogóle stara się przepisywać tanie, jednak poleca też nierefundowane drogie, i robi to w taki sposób, że pacjent nie czuje się jak ostatnia niezguła nie dająca sobie rady w życiu, znaczy biedak. Ale też wydaje się, że nie bierze pod uwagę kompetencji lekarza domowego, odniosłam wrażenie, że nie kontynuuje leczenia, tylko zaczyna od początku. I nie wiem, czy chodzi o brak zaufania, czy po prostu pokutuje wcześniejszy system, kiedy pacjent sam wybierał lekarza specjalistę, i ten musiał zaczynać od początku, więc teraz jakby wcale inaczej nie myśli. Nawyki to silna rzecz. A ogród zarasta. Coraz zieleniej, coraz kolorowiej... ale i coraz więcej zielska! Nie nadążam... To moje szafirki w porannym słońcu
A to grupa cytrynowych narcyzów - udało się!
To mahonia w pełnym rozkwicie, a kwitnie w tym roku tak obficie, że cały krzaczek jest jedną żółtą plamą
Kolejne kolory bratków
I stokrotka pomponowa. Ta ciemnoczerwona, ale są też białe i różowe w różnych odcieniach.
A to "kawałek" skarpy okalającej taras. Też nie jestem zadowolona z pierwszej wersji, skarpa więc dziś mało efektowna. Popełniłam ten błąd, że posadziłam obok siebie rośliny szybko i wolno rosnące, nie wyznaczając granic, które łatwo byłoby upilnować, no i w dodatku skarpa usypana jest z marnej ziemi. W ogóle ziemia na mojej działce jest bardzo marna, zawiera niezmiernie mało próchnicy, nie trzyma wilgoci, pyli się, jednym słowem wymaga jeszcze bardzo dużo pracy, przede wszystkim poprawienia struktury, dzięki czemu i podawane nawozy, i woda będzie miała możliwość utrzymać się przy korzeniach. Dlatego i skarpa idzie do przeróbki, jeśli starczy mi ziemi (skompostowanej, bo nie wyrobiłabym finansowo, aby zakupić tyle... i tego zazdroszczę sąsiadom, że oni zdecydowali się na taki zakup, kilku wywrotek żyznej ziemi...i firmę, która założyła ogród. Ale też ja mam satysfakcję, że projektuję i wykonuję sama. A satysfakcja z pracy jest na pewno lepsza od satysfakcji z pieniędzy:) ) i czasu i sił, to jeszcze w tym roku, jeśli nie, to w przyszłym. Jakoś dotrwa:) Poduchy bylin powinny okrywać ziemię, spomiędzy nich wyglądać kamienie, trzeba jednak pilnować, aby rośliny zbytnio się nie poprzerastały, ponieważ tracą wtedy urok, kwiaty pokazują się w różnym czasie, więc poprzerastane są rzadkie, a nie tak zwarte, jak jeszcze tu. Ten skrajny kawałek obsadzony był drobnymi roślinkami, więc jeszcze nie zdążył się zapuścić, jak centralne:). Kiedyś nawet najlepiej pielęgnowany skalniak zarasta tak, że jedynym sposobem odnowy jest wyrwać wszystko i zbudować go od nowa. Co właśnie zamierzam. Tu pokazuję kwitnący żagwin, po lewej szykuje się już do kwitnienia skalnica arendsa, ale inna odmiana, niż pokazywana wcześniej, po prawej szaroniebieska poducha goździka (będzie różowy), nad nim floks płożący, tzw. płomyk, kwitnie lekkim amarantem czy mocnym różem, zależnie od fazy kwitnienia, ale i odmiany. Będę pokazywać to miejsce, jak zmienia się w czasie...
A trawa na pierwszym planie już skoszona:)
środa, 23 kwietnia 2008
Jak nie urok...
...to przemarsz wojsk, powiadał mój tata, jak słuchały panie, czyli kiedy nie chciał być zbyt dosłowny. Złapało mnie wstrętne choróbsko! Nie dość, że dokuczliwe nad wyraz, nie dość, że wredne, to jeszcze jest to jakaś reemisja albo co:) Znaczy leczyłam się parę miesięcy, bliżej pół roku, miało być cacy, no i było, całe trzy miesiące! Moje bakterie zdążyły się już uodpornić na parę antybiotyków, lekarz kiwa głową, czekam na nowe wyniki i wszystko razem mnie załamuje. Więc na poprawę:) - nudna się już robię, ale tak mi się nie układa, że strach się bać nawet. Od połowy maja Mamut planuje urlop, wyjeżdżamy w świat i wszystko rzucamy, Mamut nawet ma zamiar rzucić pracę... taki już zmęczony, że nie ma siły stawiać oporu materii lenistwa w swojej firmie, jak powiada. Że jest szczęśliwy w te dni, kiedy trzeba firmę reprezentować na zewnątrz, kiedy walczy się z konkurencją lub zawiązuje trudne sojusze. Ale kiedy spotyka się z totalnym olewaniem obowiązków przez współpracowników, szlag go trafia! Ma tę tylko "przyjemność", że on zawsze robotę sobie znajdzie, jak twierdzi, a oni, jak firma padnie, niekoniecznie. Tak wyrosły pierwsze pokazane w marcu tulipany. Teraz kwitną białe, w tyle szykują się różowe, o tyle ciekawe, że mają po kilka kwiatów na pędzie
A to tulipany botaniczne - mam na razie tylko te jedne, ale one też mają kilka odmian i kolorów. Są niziutkie i niewielkie mają kwiatki, oraz wąskie liście. Obok nich wychylają się dopiero bardzo późne, albo papuzie czarne, albo strzępiaste... zobaczy się:)
A to cała grupa, z przodu zaś rabata z rojnikami. Namnażam je tu, a potem wykorzystuję do obsadzania brzegów ścieżek. Są odporne na suszę.
Narcyz z grupy Orangery, z przykoronkiem rozłożonym i płaskim, zamiast krótszej lub dłuższej trąbki. Cała grupa się nie udała:) Za dużo słońca teraz, jakoś w ostrym słońcu nienajlepiej wychodzą mi zdjęcia.
A to nowy nabytek - dwa kolory skalnicy arendsa. Skalnica arendsa to zresztą duża grupa, ma sporo odmian, tworzących poduchy osłaniające rabatę, kwitną też na czerwono, różowo i biało. Pierwszy raz widzę żółtą. Może to podróba jakaś:) Nie kochają one ostrego słońca, sadzę je na północnej stronie działki, w cieniu domu. Ale rabata dopiero się tworzy... może wygrzebię zdjęcie sprzed dwóch lat w rozkwicie, kiedy była piękna. Teraz wymaga przeróbki.
To tawuła japońska, odmiana Gold Mound. Cytrynowożółte liście wiosną, potem zielenieją nieco. Nie pamiętam, jak się przebarwiają jesienią... ale pewnie ładnie. Mam ją dopiero drugi rok
To też tawuła japońska, odmiana Goldflame, liście brązowawoczerwone z pomarańczowym, jesienią pięknie czerwone.
A to już swojski bratek. Ale nie taki duży, to bratki miniaturowe. Mniej więcej w połowie między zwykłymi ogrodowymi a dzikimi. Ten ma kolor w spadku po dzikich, zapylają się wzajemnie. Kupiłam kiedyś 10 takich miniaturek, w różnych kolorach, i teraz same się rozsiewają, rosną wszędzie, te za ogrodzeniem w rowku odprowadzającym wodę spod bramy. Są też w trawniku i nie przejmują się koszeniem. Gdzie tylko nie przeszkadzają, pozwalam im rosnąć.
To inny kolor, w zeszłym roku takiego nie było. Muszę dokupić jeszcze kilka, jak spotkam gdzieś, bo z czasem drobnieją trochę. Świeżej krwi... tfu, pyłku, im trzeba:)
Idę się kurować dalej. To ekscytujące! - powiada Alutka z Rodziny zastępczej - Pa!
sobota, 19 kwietnia 2008
Wizytacja trwa!
Pogoda dokucza. Czyli wszystko razem dd:) Choć kwiatki niech cieszą... te zdjęcia z 15. 04. To mahonia, zimozielony krzew, liście nadają się do stroików świątecznych, teraz zaczyna kwitnąć
Narcyze w dwóch kolorach
Grupa pod bzem, a raczej bziątkiem...ale będzie kwitł bardzo obficie. Zobaczycie za jakieś dwa tygodnie!
Pączki bzu z bliska, jeszcze tak mocno stulone, ale już wiem, że będą jasnofioletowe, podwójne:) Ten krzaczek będzie pierwszy raz w swoim życiu kwitł, a ma tych pączków mnóstwo... następnym razem sfotografuję cały... A w planach mam jeszcze zakup ciemnofioletowego, nasyconego, uwielbiam takie. W zeszłym roku zakwitły mi dwa białe, i jeszcze jeden, najmniejszy krzaczek, ukrywa swoją tajemnicę... Bo dostałam cztery, białe i fioletowe, ale nie wiadomo który jaki i w ogóle których ile:)
I jeszcze trio hiacyntów, dużo mniejszych, niż te kupione w tym roku pędzone w doniczkach. Ale mi chyba nawet bardziej się podobają...
A to moje najwcześniejsze tulipany, tu jeszcze niezupełnie wybarwione... dziś są już piękniejsze, bardziej nasycone barwą... ale pogoda tak paskudna, że nie ma mowy o zdjęciach:(
Idę spać! Dobranoc.
czwartek, 17 kwietnia 2008
Na poprawę nastroju:)
Jeszcze nie wracam, tak do końca, jeszcze nie... Jeszcze zostało parę spraw do wyjaśnienia, spraw nie cierpiących zwłoki:) Jeszcze jutro znowu teściowie, a pojutrze najazd całej rodzinki - bo obchodzimy urodziny starszego Mamuciątka - co mnie w sumie skutecznie wyłączy w ogóle ze wszystkiego innego:) na parę dni. Więc kolejne kolory... z 13. 04. Teraz już pełnia kwitnienia prymulek - po naszemu pierwiosnków. Te kwiatki występują w najrozmaitszych kolorach, wielkościach, kształtach i są bardzo wdzięczną ozdobą każdego ogrodu, nawet pojedynczo, jak na razie u mnie, bo mój ogród nie lubi pierwiosnków, a raczej odwrotnie:). Bo potrzebują one sporo światła wiosną, wilgoci i lekkiego cienia latem. A u mnie z cieniem jeszcze krucho... ogród dopiero zaczyna się rozrastać. Najpiękniej wyglądają jako obramowanie ścieżek, szczególnie, jeśli są jednego koloru, albo w grupach.
Ta ma wyższe łodyżki, na nich po kilka dość luźno rozmieszczonych kwiatków
To juliana, pierwiosnek miniaturowy, i listeczki, i kwiatki ma dużo mniejsze, dobrze prezentuje się na skalniakach
I taka, na bardzo wysokich łodyżkach gęsto upakowane kwiatki uformowane w kulkę
Pa, pa!
wtorek, 15 kwietnia 2008
Pora przestać się rozklejać...
...pora wziąść się do pracy:) Będzie szybko, jeśli umiem:) - zdjęcia są z 4 kwietnia. To te same hiacynty, co kiedyś w pąkach, i dziś jeszcze też kwitną. Sympatycznie długo.
A to biała cebulica, równie urocza co niebieska
Słodkie miodunki... uwięziony w wejściu nory Królika odchudzany Puchatek, pamiętacie?
I miodunki z bliska
A to fiołki, ta sama kępka, która puszczała ledwo widoczne listeczki, teraz kwitną i pachną. Ta czerwona kulka to zeszłoroczny owoc miechunki, całą zimę przetrwała w pomarańczowej torebce. Torebka zbladła, pękła i owoc, a w nim nasionko, ma zamiar rozpocząć nowe życie. Niepotrzebnie:) miechunka to roślina wieloletnia, ekspansywna i mam jej aż nadto. A tak przy okazji - te owocki są jadalne, moja mama robiła z nich konfiturę w smutnych czasach braku rodzynek.
Na razie, kochani, idę kopiować kolejne zdjęcia.
czwartek, 10 kwietnia 2008
Chyba nie wzięłam pod uwagę Rss - dałam marny tytuł wczoraj:(
Bo czy ten Rss pokazuje coś więcej niż tytuł? Wciąż nie mam czasu go zgłębić. A notka była w kategorii "dylematy"... poczytajcie, powiedzcie coś... tym bardziej że zbyt optymistycznie ją wczoraj zakończyłam. Dylemat trwa... więc nadal mnie brak:)... a zdjęcia czekają. Zresztą dziś u mnie leje, nowych i tak nie zrobię. |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Dla wybranych
Jestem taka?
Lubię
Mój drugi blog
Na bok odłożone
Polecam
Politycznie
Tylko dla dorosłych
Zaglądam
Zaprzyjaźniłam się...
Znamy ich?
![]() |